23.08.2014

Rozdział 13

Calum's POV*

Siedziałem na plecach Horana, przyciskając go do ziemi, podczas gdy Michael rozwalał jego telefon o ścianę budynku. Blondyn stękał z bólu, ale ja tylko mocniej wbijałem paznokcie w jego ramiona. Wiedziałem, że zawiadomił Malika, więc musieliśmy się zmyć albo wywołamy kolejną strzelaninę. 
Zerknąłem w stronę Ashtona, stojącego na czatach. Jakby czuł na sobie mój wzrok, odwrócił się i przywołał do siebie Luke'a ruchem ręki. Ten pospiesznie podbiegł do niego, a po chwili zawrócił i podszedł do mnie. Posłałem mu pytające spojrzenie.
- Ashton mówi, żebyśmy zostali - powiedział.
- Po co? - żachnąłem się. Co ten idiota znowu wymyślił?
- Żeby szantażować Malika, kiedy już tu przyjedzie.
To nie był wcale głupi pomysł, więc jedynie skinąłem głową, przystając na nowy plan. 
Luke klepnął mnie w ramię, dając znak, żeby zszedł z Nialla. Przycisnąłem go kolanem do betonu, po czym powoli wstałem. Jeszcze przy okazji, kopnąłem go w bok, w okolicy żeber. Wyciągnąłem z kieszeni kawałek sznurka, żeby związać mu nogi. Ledwo się ruszał, ale dla pewności wolałem odebrać mu możliwość ucieczki, bo nigdy nic nie wiadomo. 
Po kilkunastu minutach, Ashton dał nam znak, że mamy gościa. Wszyscy stanęliśmy przy naszym zakładniku, trzymając broń w pogotowiu. Usłyszałem warczenie silnika samochodu wroga, które zaraz po tym ucichło. Następnie odgłos ciężkich butów, stąpających po wilgotnym podłożu. Szatyn niepewnie wynurzył się zza rogu, nie wiedząc czego się spodziewać. Kiedy zauważył, że jego kumpel ma kłopoty, natychmiast pobiegł w naszą stronę. Jak na komendę, wymierzyliśmy w niego pistolety. Stanął jak wryty, uważając na swoje kolejne kroki. Sięgnął do kieszeni, ale nic z niej nie wyciągnął, a twarz mu nagle pobladła. Michael zachichotał kpiąco, widząc jego minę. Już zacząłem się uśmiechać tryumfalnie, kiedy nagle zobaczyłem zadyszaną Madeline. Podbiegła do Zayna i złapała go za ramię, ale ten tylko popchnął ją, zmuszając do schowania się za jego plecami.
- Nie bój się, Mad - krzyknąłem. - Nie strzelamy do ciebie.
- Zwariowałeś! - odkrzyknęła, ukazując połowę swojej twarzy.
Wtedy, zobaczyłem wściekłość, buchającą od Malika. Posłał mi gniewne spojrzenie, jakby był psem, broniącym swojej własności. Od razu było widać, że traktował ją jak przedmiot, co było po prostu ohydne.
- Puśćcie go - warknął, ale nie zyskał tym zupełnie nic. Był kompletnie bezbronny, a słowa nie mogły zdziałać zbyt wiele w tej sytuacji.
- Oddaj dziewczynę - Ashton stawiał warunki.
- Nie ma mowy.
Michael nie musiał dostać polecenia, żeby przyłożyć lufę do czoła Horana, po prostu to zrobił. Jeniec tylko się wzdrygnął, pod dotykiem chłodnego materiału. Był niemal nieprzytomny, więc nawet nie był w stanie otworzyć oczu.
- Powiedziałem, oddaj dziewczynę - wycedził przez zęby Ash. - Albo twój przyjaciel zginie.
Malik wyraźnie się wahał. Spojrzał na Madeline, po czym złapał jej dłoń. Nachylił się na nią, jakby szeptał jej coś do ucha. Ta przytaknęła głową, więc na pewno dostała od niego jakieś polecenie. Czekałem w napięciu na jego reakcję. W końcu, popchnął Mad w naszą stronę, która chwiejnym krokiem ruszyła w stronę brata, potykając się przy tym o własne nogi. Prosiłem w duchu, żeby tylko się nie wywróciła. Na szczęście, dotarła i była bezpieczna. Miałem ochotę od razu do niej podbiec i zabrać z tego potwornego miejsca, ale musiałem zachować zimną krew.
Popchnąłem Nialla, a ten upadł na twarz. W tym momencie, pobiegliśmy w przeciwnym kierunku, zostawiając Zayna w uliczce między blokami. Niespodziewanie, Michael odwrócił się w biegu i strzelił w stronę wroga. Ten opadł tuż obok swojego kumpla, a ja wytrzeszczyłem oczy.
- Co ci strzeliło do głowy?! - krzyknął Ashton.
Madeline zaczęła wyrywać się z uścisku brata, widząc postrzelonego chłopaka, ale miała o wiele mniej sił od niego i żadnych szans, żeby się uwolnić. Wtem, zaparła się nogami, ciągnąc Ashtona za sobą. Oboje upadli na ziemię. Luke stał najbliżej ich, więc pomógł wstać przyjacielowi, ale w tym samym czasie Mad uciekła. Bez zastanowienia, wyrwałem w jej kierunku, doganiając ją bez trudu. Objąłem ją ramionami i podniosłem do góry.
- Nie! - zaczęła krzyczeć. - Nie!
Wierzgała nogami, ale nawet po dostaniu kilku kopniaków w piszczele, nie puszczałem jej. Zaprowadziłem ją prosto do auta i posadziłem na swoich kolanach. Zaraz potem Ashton usiadł za kierownicą i odjechał jak najszybciej.
- Wy psychopaci! - wrzeszczała Mad. - Nienawidzę was!
Oparłem głowę o jej plecy; byłem kompletnie załamany. Może powiedziała to w złości, ale na prawdę wziąłem te słowa do siebie. Nienawidziła mnie, to było jasne. Miałem ochotę ją puścić i pozwolić wrócić do tego kretyna. Skoro tak bardzo tego chciała to czemu ciągle trzymałem ją w swoich objęciach? Chyba po prostu nie potrafiłem dać jej odejść. Za bardzo jej potrzebowałem przy sobie.
Jak można być tak samolubnym jak ja...
Rozluźniłem uścisk, ale wciął wtulałem twarz w jej plecy. Wtem, poczułem, że ona także się uspokoiła. Spojrzała w okno i po omacku zaczęła szukać czegoś dłonią za sobą. Nie wiedzieć dlaczego, złapałem ją za tę dłoń. Nie protestowała, a może nawet zachowała się jakby to faktycznie tego szukała.
W końcu dojechaliśmy do domu. Wyprowadziłem ją z samochodu, ale nasze palce wciąż były splecione. Nic nie mówiła. Szła po prostu ze spuszczoną głową, a kiedy weszliśmy do środka, zaciągnęła mnie po schodach na górę. Stanęła na przedsionku na piętrze i patrzyła to na jedne drzwi, to na drugie. W korytarzu było czworo drzwi. Właściwie to nigdy nie była w tej części domu, więc postanowiłem zaprowadzić ją do swojego pokoju. Poprowadziłem ją do ostatnich drzwi po prawej stronie i zaprosiłem do środka. Zawahała się, ale tylko na chwilę, gdyż zaraz potem przekroczyła próg. Bez wahania, usiadła na podłodze i oparła się o łóżko. Przez krótki czas, po prostu na nią patrzyłem, żeby dopiero po minucie usiąść przy jej boku.
- Wiem, że jesteś na mnie zła... - zacząłem, choć sam nie bardzo wiedziałem co powiedzieć.
- Nie - odparła szybko. - Nie jestem na ciebie zła.
Po tych słowach, ukryła twarz w dłonie i zaczęła szlochać. Odruchowo chciałem ją objąć, ale po namyśle cofnąłem rękę.
- Ja już nie mam siły - ciągnęła. - Mam dość tych wszystkich mrocznych sytuacji. Czy nie mogę żyć jak normalna nastolatka? Nie mogę mieć chłopaka, z którym będę chodzić za rękę po parku? Przyjechałam tu i już po kilku dniach zobaczyłam coś, czego wcale widzieć nie chciałam. To wszystko zmieniło...
- Nie prawda - przerwałem jej. - Tak czy siak byłabyś z tym powiązana. Przecież Ashton to twój brat.
- Dzięki, że mi przypomniałeś - żachnęła się.
- Przepraszam...
Wcale nie chciałem jej zdenerwować. W tym momencie, też miałem ochotę zwyczajnie się rozpłakać, dać upust emocjom, ale nie mogłem sobie na to pozwolić. Wszystkie uczucia trzymałem na wodzy.
- Ty taki nie jesteś - zaskoczyły mnie te słowa.
- Jaki nie jestem?
- Wcale nie jesteś mordercą - spojrzała mi prosto w oczy. - Wiem, że nigdy nikogo nie zabiłeś.
Chciałem zapytać "Skąd?", ale zdaje się, że nikt nie musiał jej tego mówić. Tak czy siak - miała rację. Uśmiechnąłem się blado i spojrzałem na swoje dłonie.
- Czasami się zastanawiam co tu właściwie robisz. Dlaczego jesteś w gangu?
- To bardzo skomplikowane i szczerze nie mam ochoty tego tłumaczyć - urwałem temat. - Już nie martwisz się o Zayna?
- Myślę, że ktoś już mu pomógł.
Szczerze to nie obchodziło mnie samopoczucie Malika. Bardziej zależało mi na uwadze Mad.
Skończyło się na milczeniu.
Tak bardzo mnie korciło, żeby powiedzieć jej co tak na prawdę czuję. Tę formułkę układałem sobie w głowie tysiące razy. Kiedy tylko spojrzałem na twarz dziewczyny - cała odwaga mnie opuściła.
Byłem kompletnym idiotą, zakochując się w kimś zupełnie nieosiągalnym. Gdzieś w środku, wyłem z bólu i waliłem głową w mur. Właśnie wtedy, kiedy mały obraz mnie w podświadomości, rozwalił sobie czaszkę, dostałem olśnienia.
- Nie chcesz być częścią tego wszystkiego, prawda? - zapytałem, podekscytowany na plan, rodzący się w moim umyśle.
- Nie - odparła, lecz także uniosła brew pytająco.
- Więc ucieknijmy stąd razem.
Wyraźnie nie wierzyła w to, co usłyszała, ale jej twarz nie wyrażała żadnych konkretnych emocji. Widziałem na niej cierpienie, wahanie i coś jeszcze, czego nie potrafiłem nijak nazwać.
Wstałem i złapałem ją za dłonie.
- Proszę, Maddie, wynieśmy się z tego miasta.


*

Napiszę to samo co ostatnio - czekaliście wieki, wiem.
 Tym razem sam Calum, taki miałam kaprys.
Za kilka minut na blogu pojawi się ważna informacja i proszę o jej przeczytanie.
Dodatkowo, pragnę was zaprosić o moje nowe opowiadanie o Michaelu - MASK.

12.08.2014

Rozdział 12

Madeline's POV*

Ashton nie patrzył na mnie; wciąż wlepiał wzrok w swoje dłonie. Wiedziałam, że jest na mnie wściekły, ale kompletnie nic nie miałam na swoją obronę. W środku byłam rozdarta i nie miałam pojęcia co robić dalej. Stałam bezczynnie, czekając na jakiekolwiek słowa brata. Niestety, wciąż odpowiadała mi cisza, którą w końcu przerwało moje ciężkie westchnienie.
- Ash... - zaczęłam, niepewnie.
- Czego chcesz? - warknął w odpowiedzi.
- Przepraszam - wydusiłam z siebie, choć nie byłam pewna czy właśnie to powinnam powiedzieć.
Wtedy, chłopak spojrzał na mnie, a na jego twarzy malowała się mieszanka najróżniejszych uczuć, przez ból i rozczarowanie, aż do złości i zatroskania. Nigdy nie widziałam go w takim stanie, a najgorsze było to, że to wszystko moja wina. 
Bez przerwy, kręciłam bransoletką, zdobiącą mój nadgarstek. Tak bardzo się denerwowałam, że koniecznie musiałam czymś zająć ręce. Przystanęłam z nogi na nogę i odgarnęłam włosy z czoła, próbując zabić jakoś czas oczekiwania.
- Nic nie mów - powiedział w końcu. - Nie chce mi się z tobą gadać, dopóki nie zakończysz swojej znajomości z tym człowiekiem, jeśli tak w ogóle można go nazwać...
Milczałam. Nie miałam odwagi na wypowiadanie kolejnych słów, które i tak nic by nie zmieniły. Czułam jakby w gardle utknął mi kłębek kociej sierści, przez co byłam niezdolna do mówienia. Wydobyłam z siebie jedynie znaczące chrząknięcie, po czym wyszłam z pokoju.
Siedząc na swoim łóżku, przeglądałam szkicownik. Na pierwszej stronie narysowałam portret taty. Kiedy dostałam ten zeszyt w prezencie, on był jedyną osobą, którą mogłam naszkicować, żeby wypróbować kartki. 
Na rysunku był uśmiechnięty; właśnie takiego go zapamiętałam. Potargane, brązowe włosy opadały mu na czoło (dokładnie taką samą fryzurę ma aktualnie Ashton). W ręku trzymał szklankę, w której była woda z cytryną, gdyż nie pijał nic innego.
Uśmiechnęłam się sama do siebie, przewracając kartkę. Na niej widniał szkic z Lily w roli głównej. Wtedy pozowała w swojej różowej piżamie w koty, popijając kakao. Nawet w takim stroju zachowywała się jak gwiazda filmowa, którą uwietrzniał na płótnie ceniony artysta.
Przerzuciłam kolejne kilka stron. Tam nie było już ciekawych obrazków, przeważała martwa natura. W tamtym czasie nie rysowałam ludzi, bo czułam ból po stracie ojca i nie potrafiłam tego wytłumaczyć. Miałam wtedy blokadę artystyczną.
Kolejne kilka kartek i moim oczom ukazały się usta Zayna, narysowane z wielką dokładnością. Nie musiałam na nie patrzyć, żeby idealnie je odwzorować na papierze. Wiedziałam, że już wtedy w moim sercu zaczynało kiełkować to dziwne uczucie, którym dziś darzę szatyna.
Pokręciłam głową w niedowierzaniu; na prawdę nie potrafiłam określić, co do niego czuję. Z jednej strony był przerażającym mordercą, zaś z drugiej opiekuńczym chłopakiem, przy którym potrafiłam poczuć się bezpiecznie. Jak to możliwe, że byłam taka spokojna przy kimś, kto mógłby zabić niewinnego człowieka bez zastanowienia, podczas gdy powinnam być przerażona do szpiku kości? 
W końcu zamknęłam zeszyt, próbując odgonić od siebie wszelkie myśli. Chciałam choć przez chwilę odpocząć od problemów, spoczywających na moich barkach. Położyłam głowę na miękkiej poduszce i wlepiłam wzrok w sufit. Niestety nie potrafiłam zbyt długo myśleć o pustce i chwilę po tym, w głowie pokazał mi się obraz Caluma. Pewne rozmowy i wydarzenia, sprawiły że mogłam go nazwać swoim przyjacielem, na prawdę. Troszczył się o mnie tak samo jak Ashton, jakby był moim bratem. Niestety, właśnie w tym momencie tworzył się problem. Zostawiłam postanowiona między dwoma wrogimi gangami i kazano mi dokonać wyboru. 
Zaśmiałam się nerwowo.
Chciałam myśleć, że nikt nie ma prawa mi rozkazywać, ale jednak Calum miał rację - musiałam wybrać. Rozważałam obydwie opcje, jakbym zastanawiała się w sklepie meblowym nad nową kanapą. Z jednej strony, całą ta sytuacja była cholernie śmieszna, a z drugiej - śmiertelnie poważna. Dosłownie, ugrzęzłam między młotem a kowadłem. Miałam ogromną ochotę po prostu wybuchnąć płaczem i uciec jak najdalej z tego przeklętego miasta, ale walcząc sama z sobą, nie uroniłam ani jednej łzy i wciąż leżałam w swoim pokoju. 


Zayn's POV*

Tym razem postanowiłem, że na prawdę się postaram. Zaraz po skończonych zajęciach w szkole, zabrałem Madeline na przejażdżkę w jedno wyjątkowe miejsce. Siedząc na miejscu pasażera w moim aucie, wystawiała rękę za okno, ciesząc się powiewem wiatru. W radiu leciała byle jaka piosenka, ale nie zwracałem na nią szczególnej uwagi, gdy obok mnie siedziało całe moje szczęście. Kątem oka, widziałem uśmiech na jej twarzy, ale w oczach na pewno nie miała radości. Chciałem zwyczajnie zapytać o co chodzi, ale mógłbym nie otrzymać odpowiedzi, a zapewne tylko bym ją zdenerwował. 
- Mad? - przerwałem milczenie.
- Tak?
- Tam, gdzie jedziemy, jest dość magicznie - zacząłem. - To specjalny zakątek, który był tylko dla mnie, ale teraz chcę dzielić go z tobą.
Uśmiechając się, spojrzałem na nią. Na jej twarzy malował się cień zdziwienia, ale nic nie powiedziała, tylko przytaknęła głową. Miałem wrażenie, że jej policzki lekko poróżowiały. Niemożliwe było zachowanie poważnej miny.
W końcu dojechaliśmy do wzgórza, ze szczytu którego można było zobaczyć niesamowity widok. Najpierw jednak musieliśmy wspiąć się na samą górę, a na szczęście nie była zbyt stroma. Mad złapała mnie za łokieć, żeby się wspomóc.
- Dlaczego to jest tak wysoko? - wysapała.
W odpowiedzi zaśmiałem się w głos i pociągnąłem ją mocniej. Przewróciła dramatycznie oczami, ale nie stanęła ani na chwilę.
- Idziemy tam chyba godzinę - żaliła się.
- Dopiero trzy minuty.
Widząc jej zbolałą minę, musiałem dusić w sobie śmiech - wyglądała na prawdę komicznie.
Po kolejnych trzech minutach, stanęliśmy na szczycie wzgórza, gdzie mogliśmy podziwiać panoramę miasta. Słońce, zachodzące za rzeką, wyglądało wspaniale. Jego promienie odbijały się od wody, tworząc kolorowe refleksy. Nagle zawiał wiatr, a włosy Madeline wpadły jej do oczu. Nachyliłem się nad nią, żeby odgonić zagubione kosmyki. Chwyciłem dziewczynę za dłonie i usiadłem na trawie, ciągnąc ją za sobą. Kiedy podziwiała widoki, mogłem do woli podziwiać prawy profil jej twarzy.
- Mad - przerwałem milczenie.
- Słucham - odparła, po czym popatrzyła na mnie.
- Przepraszam cię za wszystko. Za to, że musiałaś przeze mnie cierpieć. Nie chcę być kimś złym w twoich oczach, chociaż wiem, że proszę o zbyt wiele.
Nie odpowiadała, a jedynie spuściła głowę i wlepiła wzrok w ziemię. Dopiero po chwili uśmiechnęła się blado i podniosła wzrok.
- Dobrze - powiedziała w końcu.
- Nie zasłużyłem na takie szczęście - ściszyłem głos do szeptu.
Usiadłem bliżej, tak że nasze uda się stykały. Objąłem ją ramieniem, a dłonią drugiej ręki zacząłem gładzić jej rumiany policzek. Poczułem zapach słodkich perfum, mieszający się z wonią jabłkowego szamponu do włosów. Mimowolnie zachichotałem pod nosem.
Serce zmiękło mi jak nigdy wcześniej. Poczułem, do tej pory nieznane, ukłucie w klatce piersiowej. Przy tej dziewczynie stawałem się kompletnie innym człowiekiem. Zmieniałem się zdecydowanie na lepsze i nie mogłem pozwolić, żeby cokolwiek nas rozdzieliło.
Podświadomość podpowiadała, że Mad nie ufa mi do końca,  ale i tak była dla mnie nadzwyczaj łaskawa. Spojrzałem w niebieskie oczy i poczułem się jak król świata; nie potrzebowałem niczego więcej do szczęścia. Ująłem jej twarz w dłonie i złożyłem delikatny pocałunek na malinowych wargach. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio byłem ostrożny i uważałem na to, aby kogoś nie zranić. Dokładnie dobierałem słowa i unikałem gwałtownych ruchów, a to wszystko dla niej. Chciałem jej udowodnić, że zasługuję na zaufanie i tym razem nie mogłem tego spieprzyć.
Jedną z najpiękniejszych chwil w moim życiu, przerwał dzwoniący telefon, zmuszający mnie do oderwania się od jej ust. Sięgnąłem do kieszeni, żeby wyciągnąć z niej komórkę, po czym wcisnąłem zieloną słuchawkę.
- Słucham - warknąłem.
- Zayn... - wydyszał Niall. - P-pomóż mi.
Wytrzeszczyłem oczy, a serce niemal przestało mi bić. Wiedziałem, że przyjaciel był w niebezpieczeństwie i natychmiast musiałem go ratować.


*

WAŻNE!
Błagam, możecie zagłosować na "Believe in your dreams" w ANKIECIE?


Znowu czekaliście 38746734 lat, ale teraz postaram się pisać częściej. Miałam pewne problemy z blogiem. Zapewne większość z was nie wie, że opowiadanie pisały dwie osoby. Pierwsze trzy rozdziały napisała Magda, a od czwartego - Dominika/Curly Angel (ja). Teraz Magda odeszła i nie będzie już więcej pisać. To już ostatni raz kiedy proszę Was o wyrozumiałość. Nie dodawałam rozdziałów, ponieważ pojechałam na wakacje i nie miałam jak pisać, wybaczcie. Mam nadzieję, że nie zostawicie mnie wszyscy :(

14.07.2014

Rozdział 11

Calum's POV*

Na szkolnym korytarzu czekałem, aż Zayn odklei się od Madeline. Gdy widziałem ich razem, miałem odruch wymiotny i marzyłem, żeby przywalić temu frajerowi w twarz. Zaciskając pięści, powstrzymywałem się od gwałtownych ruchów. 
Dopiero po długiej chwili, chłopak odszedł, więc bez wahania skorzystałem z okazji. Podbiegłem do brunetki, łapiąc ją za nadgarstek.
- Oh, hej - powiedziała, uśmiechając się pogodnie.
- Słuchaj, Maddie, musimy pogadać.
Wytrzeszczyła na mnie oczy, jakbym powiedział coś bardzo niestosownego, przez co się nieco speszyłem i puściłem jej rękę.
- Co się stało? - zapytała.
- Mogę wpaść do ciebie po szkole?
- Jasne - wyszczerzyła zęby, co od razu poprawiło mi humor.
Pomachała mi, po czym odeszła, nie mówiąc już nic więcej. Skinąłem głową i poszedłem w swoją stronę. Na zakręcie wpadłem na Ashtona.
Cholera, on o niczym nie wiedział.
Zacząłem nerwowo drapać się po karku, co na pewno nie wyglądało naturalnie. Szturchnąłem kumpla w ramię, zmieniając kierunek jego drogi.
- Co ty wyprawiasz? - syknął, stając w miejscu.
- Co? Nic - odparłem, zaklinając pod nosem.
- Wyglądasz jakby coś się stało. Ogarnij się.
Marszcząc czoło, zostawił mnie samego na korytarzu.
Miałem wielką ochotę, żeby mu powiedzieć z kim umawia się jego siostra, ale podświadomość podpowiadała mi, że to jednak kiepski pomysł. Pozostało mi jedynie czekać, aż sama go o tym powiadomi, a miałem nadzieję, że nie będzie tego długo ukrywać.


Madeline's POV*

Po zajęciach, poszłam prosto do domu, licząc na to, że nikogo tam nie zastanę. Otworzyłam drzwi, po czym rzuciłam torbę na podłogę i nasłuchiwałam. Na szczęście, odpowiedziała mi głucha cisza. Czym prędzej wbiegłam po schodach i weszłam do pokoju Ashtona. Zaczęłam grzebać w szufladach w biurku, w poszukiwaniu kawałka listu od taty. Niestety nigdzie go nie było. Rozglądałam się nerwowo po całym pomieszczeniu, aż w końcu zauważyłam róg kartki, wystający spod poduszki. Zadowolona z siebie, chwyciłam go i wybiegłam z domu. Postanowiłam, że będę go studiować tak długo, dopóki nie wpadnę na jakiś niesamowity pomysł, jak poznać resztę listu.
Nie miałam pojęcia dlaczego, ale nogi same poniosły mnie na cmentarz, na którym spoczywał mój kochany tatuś. Usiadłam przed jego grobem, w nadziei, że zaraz wyjdzie spod ziemi i odpowie mi na wszystkie pytania, krążące w mojej głowie. Z bezsilności, ukryłam twarz w dłoniach. Dopiero po chwili, sięgnęłam po torbę i wyciągnęłam z niej mój szkicownik. Przewracałam kolejne strony, po czym do jednej z nich przyłożyłam list; kartki były takie same. Kiedy zobaczyłam podobieństwo, natychmiast zaczęłam przeszukiwać zeszyt dokładniej, niż wcześniej.
Słońce zaszło za horyzontem, co bardzo ograniczyło mi widoczność. Nie byłam w stanie dostrzec napisanych słów, mimo starań. Wtem, usłyszałam sygnał telefonu. Gdy go wyciągnęłam, oślepiło mnie jasne światło, bijące od wyświetlacza. Na oślep nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Halo? - powiedziałam.
- Maddie, gdzie ty jesteś? - usłyszałam zmartwiony głos Caluma. - Przyszedłem do was, a ciebie nie ma. Zapomniałaś?
- Cholera, przepraszam - kompletnie zapomniałam o jego wizycie.
- Nie szkodzi - westchnął. - Gdzie jesteś? Przyjadę po ciebie.
- Nie musisz. Jestem na cmentarzu, ale już wracam.
Już chciałam się rozłączyć, ale Calum nie miał zamiaru kończyć rozmowy.
- Co?! - krzyknął. - Jadę po ciebie i bez dyskusji.
Mimowolnie wybuchnęłam śmiechem.
- Daj spokój, już wracam.
Nie czekając na jego odpowiedź, wcisnęłam czerwoną słuchawkę, po czym wstałam z chłodnej ziemi. Idąc między nagrobkami, kierowałam się do wyjścia. Powiew wiatru zmusił mnie do okrycia się skórzaną kurtką. Szeleszczące gałęzie i ciemne cienie były przerażające, więc przyspieszyłam kroku, żeby faktycznie jak najszybciej się stamtąd wydostać.
Chodzenie po cmentarzu w takich ciemnościach nie było najlepszym pomysłem. Czułam już od jakiegoś czasu, że ktoś mnie śledzi, lecz bałam się odwrócić. Jedyne co mi pozostało, to przyspieszenie kroku i modlenie się, żeby nieznajomy zostawił mnie w spokoju. Niestety wciąż słyszałam za sobą kroki ciężkich butów. Zacisnęłam mocniej dłoń na pasku torebki, w pełni gotowa do obrony. Przynajmniej tak mi się wydawało, ale gdy napastnik złapał mnie za barki, przyciągając do siebie, zapomniałam o wszystkich podstawach samoobrony. Męskie ręce były bardzo silne, nie miałam szans na wyrwanie się z jego żelaznego uścisku. Nagle zaczęłam krzyczeć, błagając w myślach, żeby ktokolwiek to usłyszał. Niestety facet szybko zakrył mi usta swoją brudną dłonią. Odruchowo ugryzłam go w palec, ale nie było to zbyt skuteczne. Zaczął się cofać, zaciągając mnie ponownie na ciemny cmentarz. Byłam przerażona jak nigdy wcześniej i nawet nie miałam możliwości walki. Marzyłam tylko o tym, żeby nagle mój mroczny rycerz, pojawił się znikąd i wyciągnął mnie z tego koszmaru.
Mężczyzna zaciągnął mnie na sam koniec cmentarzu i zawlókł za mauzoleum. Tam uderzył mną o twardą ścianę budynku. Moja głowa ucierpiała najbardziej. Przeszedł mnie przeszywający ból czaszki, a przed oczami zobaczyłam białe światło. Próbowałam się otrząsnąć, ale szumiało mi w uszach i nic nie widziałam. Wtem poczułam na swoim biodrze męską dłoń. Po omacku próbowałam go od siebie odciągnąć, ale moje protesty ponownie spełzły na niczym. Nagle, brutalnie zaczął zrywać ze mnie spodnie. Automatycznie wydałam z siebie pisk. Momentalnie oprzytomniałam i zaczęłam się wyrywać. Dokładnie mogłam przyjrzeć się jego ohydnej twarzy. Był zupełnie łysy, a jego wyraźną szczękę zdobił niechlujny zarost. Na oko, wyglądał na trzydzieści pięć lat.
Zdzierałam sobie gardło, ale najwyraźniej nikt tego nie słyszał. Wtedy, napastnik chwycił szklaną butelkę, leżącą niedaleko i rozbił ją na mojej głowie. Ten cios odciął mnie od jakichkolwiek dźwięków, nie widziałam już nic. Jedyne co mi pozostało to bezwiednie opaść na ziemię.

- Cholera, podnieś ją - usłyszałam znajomy głos.
Próbowałam otworzyć oczy, ale powieki miałam tak ciężkie, że nie byłam w stanie. Kończyny także odmawiały mi posłuszeństwa, nawet po wielu próbach zmuszania ich do ruchu. Nagle poczułam, że ktoś mnie łapie i pomaga wstać. Głowa mi opadała i właśnie wtedy, czyjeś ręce złapały moją twarz. Z wielkim trudem, w końcu otworzyłam oczy i zobaczyłam przed sobą zmartwionego Ashtona.
- Madeline! - krzyknął, przytulając mnie do siebie.
Uśmiechnęłam się blado, rada z tego spotkania. Dopiero po chwili zaczęłam kojarzyć co się wydarzyło. Na samą myśl o obleśnym facecie, miałam odruch wymiotny. Spojrzałam w dół i zobaczyłam rozpięty rozporek spodni.
- Co się właściwie stało? - zapytałam.
- To ten cholerny grabarz - warknął Ashton. - Gdybyśmy tu nie przyszli, zapewne zrobiłby ci coś gorszego.
Nagle, poczułam łaskotanie na czole. Palec automatycznie powędrował w stronę głowy, a gdy ponownie spojrzałam na dłoń, miałam na niej krew.
- Czy ty zawsze musisz pakować się w kłopoty? - brat dramatycznie przewrócił oczami.
Razem z Calumem, który wciąż mnie trzymał. poszliśmy w stronę samochodu, a jasny księżyc oświetlał nam drogę. Głowa pękała mi z bólu, ale nawet to nie wywołało u mnie łez. Postanowiłam, że kończę z płakaniem z byle powodu.
- Znowu musicie mnie ratować z opresji - syknęłam. - Masz rację, Ash.
- Z czym mam rację? - zdziwił się.
- Kłopoty bardzo mnie lubią.
Chłopcy zachichotali, kiedy mi wcale nie było do śmiechu.

Z rękami skrzyżowanymi na piersi, siedziałam na łóżku. Od jakiegoś czasu czułam na sobie wzrok Caluma. Kątem oka widziałam, że marszczył czoło. Nie miałam pojęcia co chodzi mu po głowie.
- O co chodzi? - w końcu przerwałam milczenie.
- Powiedziałaś już Ashtonowi o swoim chłopaku? - zapytał zgryźliwie.
Ominęłam to pytanie milczeniem, spuszczając głowę.
- No jasne, że nie - prychnął. - Mad, to nie jest chłopak dla ciebie.
Po tych słowach, wstał z krzesła i kucnął przed łóżkiem. Siłą woli zmusił mnie, żebym na niego spojrzała. Miał poważną twarz, ale mimo to, widziałam na niej cień zmartwienia.
- Dlaczego tak uważasz?
- Zapomniałaś już czym się zajmuje?
- A zapomniałeś czym ty się zajmujesz?
- Dobra, koniec wymiany pytań - zarządził ostro, wstając z podłogi.
Zaczął chodzić po pokoju w te i z powrotem, krzyżując ręce na piersi. Wyraźnie intensywnie nad czymś rozmyślał. Wiedziałam, że próbuje podać mi jakieś silne argumenty, więc czekałam cierpliwie, aż ułoży sobie wszystko w głowie. Nieważne co by mi powiedział, nie zmieniłabym zdania co do Zayna.
- On jest po prostu zły - powiedział, na co wybuchnęłam niekontrolowanym śmiechem.
- To wszystko co masz mi do powiedzenia? - odszczekałam. - Nie przekonałeś mnie.
- Nie podoba mi się to, że ufasz niewłaściwej osobie - próbował dalej. - Nieźle ci idzie ukrywanie tego wszystkiego przed rodzonym bratem. Ciekaw jestem, co będzie, jeśli się dowie o twojej zdradzie. Zadajesz się z największym wrogiem Ashtona, jak i moim. Nie oczekuj, że wszyscy będą wkoło ciebie skakać i obchodzić się z tobą jak z jajkiem. Już i tak robimy wszystko, żeby cię ochronić, ale problem w tym, że nie chcesz współpracować i właśnie tym sposobem przyciągasz kolejne kłopoty. Zdecyduj w końcu, po której stoisz stronie.
Po tej wyczerpującej wypowiedzi, chłopak wyszedł z pokoju, zostawiając mnie samą ze swoimi myślami. Na prawdę wzięłam sobie do serca to, co powiedział. Co do Ashtona, miał rację... Nie mogłam tego dłużej ukrywać przed bratem. Niestety, niemożliwe, żeby jego reakcja była pozytywna.
Mad, no dalej, myśl co zrobić z tym fantem...
Głowiłam się tak bardzo, że aż ponownie poczułam ból w czaszce. W końcu postanowiłam, że po prostu mu o tym powiem. Ukrywanie tego, że tak długi czas może równać się z kłamstwem.
Westchnęłam ciężko, po czym poszłam niepewnie do pokoju obok. Drzwi były uchylone, więc weszłam bez pukania. Ashton siedział przy biurku i pisał coś na kartce, a w uszach jak zawsze miał słuchawki. Podeszłam bliżej, bawiąc się bransoletką, którą miałam na nadgarstku, żeby uspokoić nerwy.
- Ash? - szturchnęłam go w ramię.
- Co jest, siostrzyczko? - odparł, wyłączając muzykę.
- Jest coś o czym muszę ci powiedzieć - zaczęłam.
Spojrzał na mnie znacząco, zachęcając do kontynuacji.
- Proszę, tylko nie wściekaj się na mnie - ściszyłam głos. - Ja i Zayn... my...
- Nie - syknął, odwracając głowę. - Ani mi się waż... kończyć tego zdania.
Po tych słowach, walnął pięścią w blat, a w jego oczach widziałam żywy ogień.


/Curly Angel
Przepraszam, że znowu musieliście czekać tak długo. Jeśli ktoś lubi romanse to zapraszam na mojego innego bloga  ►klik◄
Jeśli jesteś tu nowy, a chcesz być informowany o kolejnych rozdziałach, zapraszam do zakładki informowani

28.06.2014

Rozdział 10

Zayn's POV*

Nieudane poszukiwania sprawiły, że miałem na prawdę podły humor. W drodze do szkoły, towarzyszył mi jedynie deszcz. Nie miałem pewności, że tam ją znajdę, ale zawsze warto było spróbować.
Zanim wszedłem do klasy, wziąłem głęboki wdech. Po przekroczeniu progu, od razu spojrzałem na ławkę, w której zazwyczaj siedziała Madeline. Gdy ją zobaczyłem, poczułem ulgę, którą po chwili zastąpiło zdenerwowanie. Jakby nigdy nic, zająłem swoje miejsce z tyłu klasy. Kilka par oczu zwróciło się w moją stronę, ale ona nawet nie zauważyła, że przyszedłem. Postanowiłem zaczepić ją dopiero po lekcji.
Przez całe czterdzieści pięć minut gapiłem się na jej brązowe włosy. Kiedy tylko zadzwonił dzwonek, zerwałem się z krzesła i wybiegłem z klasy. Oparłem się o ścianę i czekałem chwilę, zanim złapałem Mad za rękę i pociągnąłem za sobą. O dziwo, poszło łatwo, w ogóle nie stawiała oporu.
Zaprowadziłem ją na tył szkoły i dopiero wtedy mogłem przyjrzeć się jej uważniej. Miała podkrążone oczy i niedokładnie wyczesane włosy, przez co wyglądała dość niechlujnie. Szczerze zdziwił mnie ten widok.
- Co się z tobą stało? - zapytałem.
- Zostałam porwana - odparła, posyłając mi mordercze spojrzenie.
Wtedy obudził się w niej demon. Wyszarpnęła rękę z mojego uścisku i zacisnęła dłonie w pięści. Przybrała na prawdę groźną minę, jak nigdy wcześniej. Bez wahania uderzyła mnie pięścią w twarz. Nie mogąc uwierzyć, że to zrobiła, stałem jak słup soli, trzymając się za piekący policzek. Mimo bólu, nie miałem ochoty się jej odpłacić; poczułem, że na to zasłużyłem. Wymierzała we mnie kolejny cios, ale zdążyłem ją powstrzymać, łapiąc mocno za nadgarstki, które momentalnie posiniały. Nie chciałem sprawiać jej bólu, więc zluźniłem uścisk, ale nie puściłem. Dziewczyna nagle złagodniała, znowu wyglądała niewinnie jak wcześniej. Zanim pomyślałem, nachyliłem się nad nią, żeby złożyć na jej ustach pocałunek. Brak protestu uznałem za zielone światło. Wtedy, pierwszy raz w życiu, serce zabiło mi szybciej, z innego powodu, niż przypływ adrenaliny.
- Pewnie mi nie uwierzysz - powiedziałem, zaraz po tym jak się od siebie oddaliliśmy. - Kocham cię.
Widziałem wyraźne zdziwienie w jej oczach, ale także wypieki na policzkach. Uniosłem kąciki ust ku górze. Cholera, dawno tego nie robiłem.


Madeline's POV*

Weszłam do domu, wciąż nie wierząc w to co się stało. Miałam wrażenie, że byłam w bardzo realistycznym śnie, z którego nie mogłam się wybudzić.
Nie miałam ochoty na nic do jedzenia, więc od razu poszłam do pokoju. Rzuciłam torbę w kąt, po czym położyłam się na łóżku i wlepiłam wzrok w sufit. Mimowolnie dotknęłam ust, przypominając sobie o pocałunku. Słowa wypowiedziane przez niego były dla mnie absurdalne.
Nagle usłyszałam jak ktoś wszedł do pokoju. Usiadłam, żeby móc zobaczyć kto mnie odwiedził. To mała Lily. Siostra usiadła obok mnie.
- Wiem, że nie chciałaś o tym gadać - zaczęła. - Ale możesz mi powiedzieć gdzie byłaś?
- Kochanie - odparłam, obejmując ją ramieniem. - Nie chcę cię w to mieszać. Mama uszanowała to, że nie chcę o tym mówić, co było dość dziwne. Proszę cię, zrób to samo.
- Ale to coś strasznego?
Pokręciłam przecząco głową; za wszelką cenę nie mogłam mieszać w to młodszej siostry. Rozumiem, że chciała wiedzieć, ale obiecałam sobie, że nigdy nie obarczę jej moimi problemami.
Skinęła głową, po czym odeszła bez słowa. Wiedziałam, że tak będzie dla niej lepiej. Wolałam, żeby była na mnie obrażona, niż wplątana w tak poważne sprawy.

W nocy miałam problem z zaśnięciem. Leżałam bezczynnie, gapiąc się w ciemną ścianę. Wciąż nie mogłam się otrząsnąć. To przecież nie mogło na prawdę mieć miejsca.
Nagle usłyszałam przerażające stukanie. Zapewne mi się zdawało, byłam już przewrażliwiona, a przynajmniej tak myślałam. Jednak irytujący dźwięk nie ustawał. Rozejrzałam się po pokoju, ale nie zobaczyłam niczego nadzwyczajnego. Dopiero po chwili zauważyłam, że okno samo się otwiera. Zaciągnęłam kołdrę na szyję, jakby to miało mnie ochronić przed wszelkim złem, i wstrzymałam oddech. Z parapetu na podłogę zeskoczyła mroczna postać, ale nie wiedzieć czemu, nie bałam się, wiedziałam kto to. Zayn ściągnął kaptur, po czym także zdjął buty. Kiedy wchodził pod moją kołdrę, zastygłam w miejscu. Na chwilę dosłownie zapomniałam o wszystkich złych rzeczach, które mnie przy nim spotkały i nie miałam zamiaru tego dłużej rozpamiętywać.
- Hej - szepnął mi do ucha, co wywołało u mnie dreszcze na całym ciele.
Położył dłoń na moim biodrze i przysunął do siebie. Wtedy, sama nie wiedziałam dlaczego, poczułam się bezpiecznie.
- Zrozumiałem coś - mówił aksamitnym szeptem. - Przy tobie się zmieniam na lepsze.Te słowa sprawiły, że poczułam się jakbym zrobiła coś na prawdę dobrego. Wcześniej, ten człowiek mnie przerażał, a teraz, nagle stał się potulny jak baranek; wolałam go właśnie w takiej wersji.
Czułam jak palcami przeczesywał moje włosy, co automatycznie mnie usypiało.
Mogłabym tak trwać wiecznie.
Nie zorientowałam się, kiedy zasnęłam.

Z samego rana, obudziłam się, a obok mnie nikogo nie było. Na podłodze nie leżały buty, a okno było zamknięte. Zaczęłam się zastanawiać, czy to co miało miejsce w nocy, nie było jedynie wytworem mojej wyobraźni. Wtem przypomniałam sobie usta Zayna tuż na moich; to na pewno zdarzyło się na prawdę.
Dopiero po chwili, wstałam z łóżka i poszłam na śniadanie. Przy stole zastałam Ashtona; wyglądał na wściekłego.
- Dzień dobry - powiedziałam pogodnie.
Cisza.
Wzięłam z szafki miskę, po czym zajęłam miejsce na przeciwko brata. Nasypałam płatków do naczynia, bacznie obserwując Ashtona.
- Co się stało? - zapytałam.
- Nic - warknął w odpowiedzi.
Bez żadnych więcej słów, wstał od stołu i poszedł na górę.
Nie miałam pojęcia o co mu chodziło, ale postanowiłam zająć się tym nieco później. Zjadłam spokojnie śniadanie i po przygotowaniu się, wyszłam z domu. Tam, ujrzałam znajomy samochód, a za kierownicą siedział Zayn. Nie byłam pewna czy mam zająć miejsce po stronie pasażera, ale chłopak wyszczerzył zęby i zachęcił mnie ruchem ręki. Nigdy wcześniej nie widziałam go tak pogodnego. W końcu zdecydowałam się wsiąść do auta. Tam chłopak przelotnie pocałował mnie w policzek, po czym odpalił silnik. 
Po kilkunastu minutach przyjechaliśmy na szkolny parking. Gdy wysiadałam z samochodu, wszystkie oczy były zwrócone w moją stronę. Zawstydzona, wlepiłam wzrok w czubki swoich butów. Kiedy poczułam na swoim biodrze dłoń Zayna, poczułam się pewniej.


Zayn's POV*

Gdy wchodziliśmy do szkoły, czułem na sobie wzrok kilkunastu par oczu, co dawało mi satysfakcję, choć nie wiedziałem dlaczego. Przyciągnąłem Madeline jeszcze bliżej siebie, przez co czułem się jak król całego świata. Kiedy miałem ją przy sobie nie potrzebowałem już nikogo innego.
Nawet nie zauważyłem, kiedy to wszystko się wydarzyło. Spojrzałem na nią i nie mogłem uwierzyć, że spotkało mnie takie szczęście. Postanowiłem sobie, że tym razem będę dla niej dobry i będę ją traktować tak jak należy. 
Nagle z zamyślenia wyrwała mnie twarz wroga. Na końcu korytarza, zobaczyłem Luke'a i Caluma z gangu Ashtona. Oboje wytrzeszczali oczy, co wywołało u mnie złośliwy uśmiech; niech gnojki płaczą. Ponownie zerknąłem w stronę dziewczyny i dostrzegłem na jej twarzy cień smutku. Wsunąłem dłoń do tylnej kieszeni jej spodni - od razu się otrząsnęła. Popatrzyła na mnie, więc pocałowałem ją w czoło, żeby choć przez chwilę poczuła się przy mnie bezpieczna.


Madeline's POV*

Dostrzegłam na twarzy Caluma nie tylko zaskoczenie, ale też coś jakby... rozczarowanie? Wtedy się zmartwiłam. Nie tylko Ashton mnie znienawidzi, ale także on... Nie chciałam nikogo ranić, a w takiej sytuacji na pewno nie mogłam zadowolić każdego. Zaczęłam poważnie się zastanawiać nad tym wszystkim, ale przeszkodziła mi w tym dłoń Zayna, wędrująca po moim tyłku. Całował mnie delikatnie, ale w jego oczach widziałam coś dziwnego i nie miałam pojęcia co to było, ani jak to nazwać. 

Po szkole, Zayn jak szofer odwiózł mnie do domu. Chciałam już wejść do środka i miałam nadzieję, że zastanę tam Ashtona. Niestety nie siedział ani w kuchni, ani w salonie. Postanowiłam więc zapukać do jego pokoju. Słyszałam dobiegającą stamtąd muzykę, więc byłam pewna, że znajdę tam brata. Nieśmiało nacisnęłam klamkę; chłopak leżał na łóżku, a w uszach miał słuchawki. Bez wahania usiadłam obok niego, gdyż koniecznie musieliśmy porozmawiać. Na mój widok, od razu wyłączył swój odtwarzacz MP3 i przeszedł do pozycji siedzącej. 
- Co jest, Mad? - zapytał.
- A co działo się z tobą rano? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Ten momentalnie, spuścił głowę i spojrzał na swoje dłonie. Wiedziałam, że coś ukrywał i wcale nie chciał się tym ze mną podzielić.
- O co chodzi? - spróbowałam ponownie.
- Nie interesuj się - warknął, po czym wstał z łóżka i podszedł do biurka.
Jak cień, podążyłam za nim. Skrzyżowałam ręce na piersi, oczekując prawdziwej odpowiedzi. On dobrze wiedział, że nie odpuszczę tak łatwo. Oparł się o blat i westchnął ciężko.
- Słuchaj - zaczął. - Nie chcę cię w to mieszać.
- Już i tak jestem zamieszana. Nie krępuj się.
- Znalazłem coś wczoraj.
Zaintrygował mnie, mimo że nie wiedziałam z czym to coś miało związek.
- Co to takiego? - dopytywałam. 
Nic nie odpowiedział, a zamiast tego, zaczął grzebać w szufladzie biurka. Po chwili wyciągnął z niej kopertę, na której widniał napis "Ashton i Madeline". Bez wahania, wyrwałam ją z ręki brata i wyszłam z pokoju. Chciałam w spokoju zobaczyć co jest w środku, ale Ashton stwierdził, że musi mi towarzyszyć. Usiadłam na podłodze w swoim pokoju, a on na przeciwko mnie. Trzęsła mi się ręka, więc z otwarciem koperty miałam pewne trudności, lecz w końcu się udało. W środku znalazłam list. 

Drogie dzieci,
mam nadzieję, że dostaniecie ten list tuż po mojej śmierci. Chciałbym Wam wyjaśnić kilka rzeczy i liczę na wasze zrozumienie. Nie chciałem od Was odchodzić, ale sprawy tak się ułożyły, że nie było innej opcji. Proszę, nie wplątujcie w to Lily, jest jeszcze za mała. Chodzi o to, że...

W tym momencie list się kończy. Wytrzeszczyłam oczy i szukałam dalszej części lub czegokolwiek, z czego dowiedziałabym się więcej. Niestety nic takiego nie znalazłam; czułam niedosyt.
- Co to, do cholery, jest?! - wrzasnęłam.
Ashton w odpowiedzi jedynie wzruszył ramionami. Najwyraźniej nie tylko on nie wiedział co jest grane. Problem w tym, że nie wiedziałam jakim sposobem mogę poznać resztę listu.


/Curly Angel

11.06.2014

Rozdział 9

Madeline's POV*

Siedziałam samotnie w pokoju, do którego zaprowadził mnie Zayn. Nie było w nim zbyt wiele mebli, jedynie łóżko i stara szafa. Popatrzyłam przez okno, rozciągało się tam tylko pole i żadnej żywej duszy. Usiadłam na podłodze, czekając na wybawienie.
Nagle ktoś nacisnął klamkę; Zayn wszedł do pokoju, trzymając w ręku puszkę. Zbliżył się i wyciągnął rękę w moją stronę.
- Trzymaj - powiedział, podając mi gazowany napój.
Wzięłam go, lecz wcale nie czułam pragnienia. Odłożyłam puszkę na parapet i patrzyłam z dołu na chłopaka. Nie wyglądał na wściekłego, właściwie, jego twarz nie pokazywała żadnych emocji. Póki co, postanowiłam sobie odpuścić prowokowanie go; dla własnego bezpieczeństwa.
- Jadę z chłopakami do miasta - oznajmił. - Zamykam drzwi, więc nic nie kombinuj.
- Jasne, szefie - odparłam sarkastycznie.
Posłał mi groźne spojrzenie, ale nic nie odpowiedział; wyszedł. Usłyszałam tylko jak przekręca klucz i schodzi po schodach. Chwilę później zobaczyłam samochód, odjeżdżający w stronę centrum; odetchnęłam z ulgą. Położyłam się na łóżku, ale zaraz potem z niego zeszłam, gdyż nie pachniało zbyt atrakcyjnie. Kompletnie nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Usiadłam na środku pokoju i popatrzyłam na sufit. Zwisał z niego tylko jeden kabel, zakończony wejściem na żarówkę. Zastanawiałam się czy Ashton po mnie wróci, czy może postanowił sobie odpuścić.
Tak bardzo go potrzebuję...


Calum's POV*

Siedziałem na kanapie, zakrywając twarz dłońmi; nie miałem ochoty na nikogo patrzeć, a tym bardziej rozmawiać. Nie mogłem uwierzyć w to, co się wydarzyło. Jak można być taką ofiarą losu jak ja? Tylko ja potrafiłem spieprzyć całą akcję. Zadręczałem się tym cały dzień i nie miałem pojęcia co robić dalej. Czułem się jakby czas stanął w miejscu, co wcale nie pomagało.
- Co robisz? - usłyszałem nagle głos Ashtona.
- Siedzę - wycedziłem przez zęby.
- To wstawaj, bo idziemy po Madeline.
- Nie mam ochoty na żarty.
- Dobrze, więc idę sam - powiedział, po czym ruszył w stronę drzwi.
- Czekaj - zatrzymałem go w połowie drogi. - Co ty gadasz?
- Wiem gdzie jest i mam pomysł jak ją stamtąd zabrać.
Nie musiał powtarzać; wyszliśmy z domu i wsiedliśmy do jego auta. Nie wiedziałam co planował, ale ufałem mu. Nie wiedziałem jednak dlaczego nie zabrali się z nami Luke i Michael.
Włączyłem radio, żeby chociaż trochę umilić nam tę podróż. Patrzyłem przez okno, rozmyślając. Chciałbym móc ją przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze, a nawet nie wiedziałem czy jeszcze żyje.
- Luke mnie powiadomił, że Malik i spółka pojechali załatwiać swoje sprawy - oznajmił nagle Ashton, odpowiadając na pytanie, którego nie zadałem. - To nasza jedyna szansa.
Przytaknąłem, a po tych słowach poczułem się nieco pewniej. Wierzyłem, że tym razem nam się uda.
Kiedy dojechaliśmy do domu, gdzie była Madeline, wysiedliśmy z auta i ruszyliśmy w stronę budynku.
- Rzucaj kamieniami w okno - polecił Ash. - Ja pójdę do innego.
Stanąłem przy ścianie i popatrzyłem w górę.
Jak, do cholery, mamy ją ściągnąć z takiej wysokości?
Chwyciłem niewielki kamyk i cisnąłem nim w szybę.
Cisza.
Wziąłem kolejne dwa i powtórzyłem czynność. Wtedy usłyszałem coś, poza stukaniem w okno.
Zobaczyłem przerażoną twarz dziewczyny. Od razu zacząłem do niej machać, a ta otworzyła okno bez problemu. Spodziewałem się, że będzie zamknięte.
- Calum! - pisnęła.
- Jestem tu! - odpowiedziałem. - Chodź do mnie.
- Jak?
- Ashton! - postanowiłem zawołać przyjaciela. - Znalazłem!
Po kilku sekundach, Ashton wybiegł zza domu. Kiedy zobaczył siostrę, na jego twarzy momentalnie pojawił się uśmiech.
- Mad, skacz! - rozkazał, wyciągając ręce w jej stronę.
- Zwariowałeś? - odparła.
- Nie masz wyboru - dodałem.
Nawet z tak dużej odległości widziałem strach w jej oczach. Przygryzła wargę; najwidoczniej się wahała. Na szczęście, już po krótkiej chwili, wspięła się na parapet. Zacząłem szukać czegokolwiek, co pomogło by jej w zejściu. Wtem ujrzałem rynnę.
- Po lewej stronie jest rynna. Dosięgniesz do niej.
Madeline spojrzała w kierunku rury, ale nie wyglądała na przekonaną. Ku mojemu zaskoczeniu, wyciągnęła rękę w jej stronę i chwyciła ją bez trudu. Podeszliśmy bliżej, żeby ją asekurować. W oczekiwaniu, zaciskałem zęby. Ta droga nie wyglądała na łatwą, lecz po kilku minutach, stopa Madeline w końcu dotknęła ziemi. Bez wahania, objąłem dziewczynę; wreszcie poczułem ulgę. Kiedy ją puściłem(choć wcale nie miałem na to ochoty), Ashton otoczył ją swoim ramieniem i ruszyliśmy w stronę samochodu. Usiadłem z tyłu, a Mad tuż obok mnie. Dzieliła nas pewna odległość, której nie mogłem zaakceptować. Chwyciłem jej dłoń, posyłając przy tym pocieszający uśmiech. Ta, jak na zawołanie, zaczęła płakać, po czym przysunęła się bliżej i objęła mnie w pasie. Dostrzegłem w lusterku spojrzenie Ashtona; zignorowałem je. Pocałowałem brunetkę w czubek głowy.
- Już jesteś bezpieczna - szepnąłem. - Nie pozwolę cię więcej skrzywdzić.
Jęknęła w odpowiedzi, w której usłyszałem cierpienie, a przecież tego, za wszelką cenę, chciałem uniknąć.
- Mama! - krzyknęła niespodziewanie. - Pewnie odchodzi od zmysłów.
- Wiesz... - zaczął Ash. - Jest zrozpaczona, zawiadomiła policję, ale wie, że cię szukałem.
- Policję?! Przecież Zayn mnie zabije jak się o tym dowie.
Wybuchnąłem niekontrolowanym śmiechem.
- To nie jest zabawne - warknęła.
- To jest baaardzo zabawne. Nie odważyłby się.
Nie mogłem uwierzyć, że tak ją nastraszył. Na samą myśl, co mógł jej robić, przeszły mnie dreszcze.


Zayn's POV*

Po powrocie do domu, poszedłem do pokoju Madeline. Udało nam się załatwić wszystkie sprawy, więc towarzyszył mi dobry humor. Otworzyłem drzwi i uśmiech od razu spełzł mi z twarzy; nigdzie nie widziałem dziewczyny. Zajrzałem do szafy, ale nic nie wskazywało na to, że bawi się w chowanego. Wtedy zobaczyłem otwarte okno.
Cholera.
Podbiegłem do niego i spojrzałem w dół. Poczułem narastającą złość i chęć zabicia każdego, kto mi przeszkodzi. Nie miałem konkretnego planu, ale wiedziałem, że muszę ją znaleźć.
Jak mogłem nie pomyśleć o tym cholernym oknie? Nie spodziewałem się, że skoczy z takiej wysokości. Mała, wredna...
Zbiegłem na dół, do kuchni. Zastałem przyjaciół, siedzących przy stole. Gdy wpadłem do pokoju z impetem, wszyscy nagle zwrócili głowy w moją stronę.
- Co jest? - zapytał Niall, po czym napił się wody.
- Nic - odparłem.
Wraz z jego pytaniem, zrozumiałem, że sam muszę to załatwić. Nie chciałem, żeby ktoś mi przeszkadzał.
- Wychodzę - syknąłem.
Przed wyjściem na zewnątrz, wyciągnąłem pistolet ze spodni i odłożyłem go na stolik; nie chciałem go już więcej używać tego dnia.


*

Przepraszam, że taki krótki i tak długo czekaliście, ale obydwie miałyśmy małą zaćmę... Mam nadzieję, że się spodoba:)

/Curly Angel

1.06.2014

Rozdział 8

Madeline's POV*

Kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam, że znajduję się w jakimś ciemnym pomieszczeniu; przypomniało piwnicę. Poczułam okropny ból głowy i nadgarstków. Zostałam przywiązana do krzesła. Próbowałam wstać, ale nie miałam żadnej możliwości, żeby się ruszyć. Nagle poczułam zapach tytoniu.
- Wybacz, że musiałem cię zranić - usłyszałam kpiący głos.
Wtedy z ciemności wyłonił się Louis z papierosem w ręku. Patrzył na mnie z pogardą jakbym była najmniej wartościowym człowiekiem na świecie.
- Wołałaś Zayna, żeby ci pomógł? - zapytał. - Nie rozumiem cię.
Sama nie rozumiałam tego, co działo się w mojej głowie. Nie miałam pojęcia gdzie jestem i czy kiedykolwiek stąd wyjdę. Miałam ochotę się rozpłakać; byłam zupełnie bezbronna.
- Twoi przyjaciele cię zostawili - ciągnął dalej. - Już nikt ci nie pomoże.
Chłopak zaśmiał się triumfalnie, po czym uderzył mnie w twarz. Zawyłam z bólu, a policzek od razu zapiekł. Zacisnęłam zęby, żeby powstrzymać się od krzyku. Bez przerwy powtarzałam sobie w myślach, że jestem silna i dam radę. Po chwili usłyszałam zbliżające się kroki. Spojrzałam w bok i zobaczyłam chłopaka, schodzącego po schodach, rozpoznałam w nim Nialla. Podszedł do Louisa i przybił mu piątkę. Chciałam, żeby tylko mnie nie zobaczył, chociaż miałam marne szanse. Zamknęłam oczy jakbym dzięki temu stała się niewidzialna.
- Madeline! - krzyknął radośnie blondyn. - Dawno się nie widzieliśmy, tęskniłem.
Zbliżył się i kucnął przy krześle, na którym siedziałam. Położył mi dłonie na kolanach, ale przez padający cień nie widziałam wyrazu jego twarzy. Cała drżałam z przerażenia. Nagle zacisnął palce na moich nogach, wbijając w nie swoje paznokcie. Wstał i uderzył mnie w drugi policzek. Tym razem nie wytrzymałam i krzyknęłam, gdyż ten cios był o wiele mocniejszy od poprzedniego.
- Zamknij się! - warknął.
Znowu kroki.
- Idźcie już stąd - usłyszałam aksamitny głos Zayna. - Ja się nią zajmę.
Louis i Niall posłusznie wyszli, nie wypowiadając już żadnego słowa. Po drodze na górę szturchali się żartobliwie jak małe dzieci. Przeniosłam swój wzrok na Malika, który był coraz bliżej. Trzymał w ręku niewielkie, czerwone pudełko. Usiadł przede mną na wilgotnej podłodze i otworzył apteczkę. Wyciągnął z niej gazę i wodę utlenioną, po czym zaczął obmywać rany na mojej twarzy. Syczałam z bólu. Dostrzegłam na jego twarzy delikatny cień uśmiechu i za nic w świecie nie mogłam zrozumieć co to oznacza.
- Dlaczego mi pomagasz? - wykrztusiłam.
- Z krwią ci nie do twarzy - odpowiedział.
Zachichotał, ale zaraz po tym przybrał poważny wyraz twarzy. Przez chwilę przestałam się go bać, ale wspomnienie jak zabijał niewinnego człowieka niespodziewanie wróciło. Odruchowo odsunęłam twarz na tyle ile to było możliwe. Przeszły mnie dreszcze. Przypomniałam sobie także o Ashtonie i jego gangu; chcieli mnie uratować. Nie miałam pojęcia gdzie teraz są, ale miałam nadzieję, że uszli z tego cało.
- Już nie musisz się mnie bać - szepnął czule Zayn, przywracając mnie tymi słowami do rzeczywistości.
- Przeszedłeś na stronę dobra? - syknęłam w odpowiedzi.
- Nie chcę zrobić ci krzywdy.
- Póki co to tylko to udało ci się zrobić.
- Teraz ci pomogę, ale musisz współpracować - warknął.
Nie wierzyłam mu.
- Zaufaj mi.
Czy on sobie żartuje? Zaufanie do niego było niemożliwe, to się nigdy nie stanie.
Nagle poczułam przypływ gorąca. Zakręciło mi się w głowie, a przed oczami zobaczyłam białe światło.


Zayn's POV*

- I co z nią? - zapytał Louis, gdy wyszedłem z piwnicy.
- Zemdlała - odparłem.
Chłopcy wybuchnęli śmiechem, ale zamknęli się od razu po tym jak posłałem im groźne spojrzenie. Usiadłem wygodnie na kanapie i wlepiłem wzrok w telewizor, mimo że wcale nie interesowało mnie to, co pojawiało się na ekranie. Rozmyślałem nad tym, co tak na prawdę mogę zrobić, żeby pomóc tej biednej dziewczynie. Od początku nie chciałem, żeby się w to mieszała, ale ona uparcie wtykała swój nochal w nasze sprawy. Została wtajemniczona i nie było odwrotu. Musiałem ukrywać przed przyjaciółmi chęć pomocy, bo gdyby się dowiedzieli co kombinuję na pewno byliby wściekli. Oni bez wahania by ją zabili, więc to dzięki mnie wciąż żyje. Jej głupi brat myślał, że zostanie bohaterem, ratując ją, ale oczywiście ponieśli klęskę i uciekli w diabły. Na samą myśl o tej komicznej sytuacji, zaśmiałem się pod nosem.
- O czym tak myślisz, Zayn? - powiedział Niall.
- O twojej dupie - syknąłem ironicznie. - Nie interesuj się.
Doszedłem do wniosku, że muszę się jakoś pozbyć Louisa i Nialla, żebym mógł jeszcze raz na spokojnie porozmawiać z Madeline. Te dwa gnojki ciągle się wtrącały, co zaczynało mnie poważnie wkurwiać.

Wieczorem zostałem sam, więc poszedłem do piwnicy. Tam zastałem dziewczynę przywiązaną mocno do krzesła. Wyciągnąłem scyzoryk z tylnej kieszeni spodni i zacząłem przecinać sznur. Wtedy Mad się ocknęła; wyglądała na wystraszoną. Uspokoiłem ją ruchem ręki, po czym wróciłem do pracy. Kiedy skończyłem, złapałem ją za ramiona i pomogłem wstać; ledwo stała na prostych nogach.
- Wszystko dobrze? - zapytałem.
W odpowiedzi spojrzała na mnie morderczym wzrokiem.
- Żartujesz, prawda? - syknęła.
Odruchowo wybuchnąłem śmiechem. Chwyciłem ją pod ramię i zaciągnąłem na górę. Potykała się o własne stopy. Wszedłem do pokoju, w którym położyłem Madeline na łóżku. Drżała, więc przykryłem ją kocem w bordową kratę. Wtedy, niespodziewanie, zrzuciła go z siebie. Podparła się ściany i zeszła z łóżka. Zrobiła groźną minę, nagle przybierając na siłach. Zaciskając pięści, ruszyła w moją stronę.
Czyżby straciła rozum?
Wymierzyła pięść w mój policzek, ale powstrzymałem ją zwinnym ruchem niczym zawodowy ninja. Nie trudno było zrozumieć co ta dziewczyna kombinowała. Niestety, najwyraźniej była zbyt głupia by zauważyć, że nie ma szans. Po raz kolejny zboczyła na złą ścieżkę.
Momentalnie ogarnęła mnie fala złości, przez co walnąłem Mad o ścianę, z hukiem walnęła w nią głową. Nie chciałem robić jej krzywdy, ale sama się o to prosiła.


Madeline's POV*

Nawet po mocnym uderzeniu nie miałam zamiaru się poddać. Musiałam za wszelką cenę wydostać się z tego koszmaru; miałam już tego dość.
Dysząc z braku sił, odepchnęłam się od ściany. Nie wiedziałam do końca co chcę zrobić, więc po prostu wyciągnęłam ręce w stronę Zayna. Ten jednak był o wiele szybszy ode mnie, a także silniejszy; złapał mnie za nadgarstki i przyciągnął do siebie. Przywarłam policzkiem do jego piersi, doskonale czując zapach męskich perfum.
- Uważaj, bo możesz tego pożałować - szepnął, po czym mnie puścił.
Odwrócił się, przeczesując ciemne włosy palcami dłoni. Wtedy zauważyłam mięśnie pod obcisłą koszulką; wyglądał cholernie seksownie. Potrząsnęłam głową, żeby odgonić od siebie te chore myśli.
- Ja chcę tylko wrócić do domu... - dopiero po chwili odważyłam się na wypowiedzenie tych słów.
- Więc wrócisz - odparł krótko, ponownie ukazując mi swoją twarz.
W jego ciemnych oczach dostrzegłam blask, którego wcześniej nie miałam okazji zobaczyć. Miał także dziwny wyraz twarzy, coś jakby... cierpienie? Cień smutku zniknął w mgnieniu oka i byłam pewna, że nie powróci szybko. Niestety znowu ogarnęła go złość, przez co momentalnie przypomniałam sobie scenę, w której zabija mężczyznę. W moich oczach znowu zamienił się w potwora i nie mogłam uwierzyć, że na chwilę o tym zapomniałam. Obiecał mi, że wrócę do domu, ale nie mogłam mu zaufać, nie miałam ku temu żadnych powodów. Zrobiłam krok w tył, zachowując dystans. Zayn odpowiedział krokiem w przód; zmarszczył czoło. Po tym ruchu od razu zaczęłam panikować i szukać ucieczki. Nerwowo przeczesywałam wzorkiem pokój, co i tak nie miało żadnego sensu; wiedziałam, że prędzej czy później on mnie dopadnie.


/Curly Angel

23.05.2014

Rozdział 7

Madeline's POV*

Razem z Lily i Ashtonem cisnęliśmy się na tylnym siedzeniu auta. Miałam skwaszoną minę, bo ten rodzinny wyjazd wcale mi się nie uśmiechał. Mama wymyśliła, żebyśmy razem z Robinem - ojczymem - pojechali na weekend nad jakieś głupie jezioro.
Moja biedna młodsza siostra nie miała pojęcia o żadnej ze złych rzeczy, które ostatnio mnie spotkały. Błagałam, żeby tylko jej nic się nie stało.
- Pośpiewamy? - zaproponował Robin.
- Nie! - krzyknęłam równo z Ashtonem.
Wymieniliśmy wrogie spojrzenia, po czym ponownie przylepiłam nos do szyby. Znajdowaliśmy się dosłownie po środku łysego pola. Słońce świeciło, a zboże lśniło w jego promieniach. Uchyliłam okno, żeby móc poczuć powiew świeżego powietrza.
Może ten wyjazd nie był aż takim złym pomysłem; w końcu będę mogła odpocząć od tego przeklętego Bradford.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce Rob uświadomił nam, że będziemy spać w namiotach. Nie lubiłam za bardzo takich klimatów, gdyż bałam się robactwa, wchodzącego do mojego śpiwora. Na samą myśl o tym przechodziły mnie ciarki.
- Nie martw się, Madeline - mama postanowiła wesprzeć mnie w tej trudnej sytuacji. - Brat cię obroni przed krwiożerczymi robakami.
Wybuchnęła śmiechem, a ja zmarszczyłam czoło w odpowiedzi. Byłam zdenerwowana, a komary zaczęły do mnie przylatywać, co wcale nie było pocieszeniem.

- Mnie mogłeś powiedzieć! - syknęłam. - Zawsze sobie ufaliśmy... Nie wierzę, że ukrywałeś przede mną coś takiego.
- Nie chciałem cię narażać na niebezpieczeństwo - odpowiedział Ashton. - Zrozum to w końcu! Najwyraźniej nie dojrzałaś do tej informacji.
- Tak bardzo chciałeś mnie chronić, że zostałam pobita i porwana!
- Cicho! - warknął nagle. - Mama nie może tego usłyszeć.
- Dlaczego to robisz?
Tym pytaniem skończyliśmy rozmowę, gdyż nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Odwróciłam się do brata plecami i weszłam do śpiwora. Na dobranoc poczułam ukąszenie komara w okolicy szyi. Zaklęłam pod nosem, po czym poszłam spać.

Kiedy otworzyłam oczy nie wiedziałam gdzie jestem. Zaczęłam się rozglądać.
Cholera. Co to za miejsce?
Byłam w niepozornej sypialni z łóżkiem i szafą - nic nadzwyczajnego. Podeszłam do jedynego okna, żeby zobaczyć w jakiej jestem okolicy. Za szybą widziałam jedynie gęsty las. Wtedy zaczęłam panikować, a serce momentalnie zabiło szybciej. Od razu pomyślałam o ucieczce, bo pobyt w tym miejscu nie wróżył nic dobrego. Obawiałam się, że dobrze wiem kto mnie tu zawlókł. Pozostawało pytanie: jak?
- Jak miło, że już wstałaś - usłyszałam znajomy głos.
- Po coś mnie tu przyprowadził? - warknęłam na Zayna.
- Przyprowadziłem? Spałaś jak zabita, więc bez problemu cię tu zaniosłem.
Nie mogłam uwierzyć. To była jakaś paranoja. Chciałam wybiec z tego domu i ukryć się w lesie, ale wiedziałam, że nie było mowy o ucieczce, póki jest tu Zayn.
- Nawet o tym nie myśl - uprzedził.
Spojrzałam na niego spode łba.
- Nienawidzę cię... - powiedziałam do siebie niemal bezgłośnie.
- Chodź - polecił, łapiąc mnie za ramię.
Wyszliśmy z pokoju, po czym zeszliśmy po schodach. To był ten sam dom, w którym byłam wcześniej. Zobaczyłam burzę brązowych loków w innym pomieszczeniu. Właśnie tam poszliśmy dalej. Była to skromnie urządzona kuchnia. Przy stole siedział nie tylko Harry, ale także Niall i dwóch innych chłopaków. Jednego widziałam wcześniej, ale wtedy był cały we krwi; tym razem wyglądał zdecydowanie lepiej. Ostatniego z nich widziałam pierwszy raz w życiu.
Nagle wszystkie cztery pary oczu zwróciły się w moją stronę.
- Wreszcie się obudziła nasza księżniczka - powiedział Niall, na co reszta zaśmiała się w odpowiedzi.
Poczułam rumieńce na twarzy na dodatek, że byłam w piżamie.
- Chcesz kawy? - zaproponował Zayn.
Podszedł do blatu, na którym stał dzbanek z ciemną cieczą. Kiedy nalewał jej do kubka wyglądała na gęstą; przypominała smar samochodowy. Wcale nie miałam ochoty na taki obleśny napój.
- Musimy porozmawiać - odezwał się Harry. - Wszyscy.


Zayn's POV*

- Ależ ona jest śliczna - powiedział Horan, wstając z miejsca.
Widziałem w jaki sposób na nią patrzył, co od razu wywołało u mnie przypływ gniewu; miałem ochotę przywalić mu w twarz. Złapałem Madeline w pasie i przyciągnąłem ją do siebie.
- Spadaj stąd - syknąłem w jego stronę.
- Nie licz na wiele - odparł kpiąco, ale wycofał się.
- Siadajcie - zarządził Styles.
Usiadłem na wolnym krześle i zmusiłem Mad, żeby usiadła na moich kolanach. Chciała się wyrwać, ale nie miała żadnych szans. Mocno objąłem ją ramionami.
Harry odchrząknął znacząco, przygotowując się do przemowy. Nienawidziłem kiedy się rządził.
- Słońce, powiedz mi co wiesz - spojrzał na Madeline.
-  Ale o czym?
- O gangach.
Cisza.
Louis uderzył pięścią w stół.
- Mów! - krzyknął.
- Jesteście w gangu i zabijacie ludzi bez powodu... - wydusiła z siebie.
- Bez powodu? - ta odpowiedź zdziwiła Louisa. - Myślisz, że robimy to dla zabawy?
- Jakbyście tego nie lubili to nie robilibyście tego.
Harry, Niall i Louis wybuchnęli śmiechem, po czym wszyscy na raz zrobili groźne miny. W oczach dziewczyny zobaczyłem przerażenie.
- A co powiesz o swoim kochanym braciszku? - naciskał dalej Tomlinson.
- Nic nie powiem.
- W porządku - szepnął sarkastycznie.
Wstał z miejsca i podszedł do Madeline. Złapał ją za nadgarstki, siłą ciągnąc za sobą.
- Zostaw mnie! Zayn!
Wołała mnie, ale nie zareagowałem. Zmuszałem sam siebie do siedzenia w miejscu. Zaciskałem zęby, żeby tylko się nie poruszyć. Ostatnie co zobaczyłem to jej błagalne spojrzenie.


Calum's POV*

Kiedy siedziałem w pokoju i grałem w gry video, nagle do domu wpadł Ashton; był wściekły.
- O co chodzi, stary? - zapytałem, odkładając konsolę.
- Ten skurwysyn porwał Madeline! - wrzasnął.
Jak na komendę zerwałem się z miejsca gotowy do akcji. Nie mogłem pozwolić, żeby coś jej się stało. Na samą myśl o okropnych rzeczach, które mogą z nią robić, przeszły mnie ciarki.
- Dzwoń po chłopaków - poleciłem. - Jedziemy po nią.
Piętnaście minut później w czwórkę siedzieliśmy w samochodzie Ashtona. Usiadłem na miejscu pasażera, a Luke i Michael z tyłu. Uzbrojeni nie zwlekaliśmy.
- Jedź szybciej - poganiałem Irwina.
Od razu przyspieszył. W radiu leciała jakaś smutna ballada, ale nikt nie zdecydował się, żeby włączyć coś innego. Całą drogę pokonaliśmy w niespełna pół godziny. Nie mieliśmy żadnego planu, z czego zdałem sobie sprawę dopiero kilka metrów przed kryjówką Malika.
- Cholera, są wszyscy - zauważył Michael.
- Zawracaj - powiedział Luke.
Ashton zrobił zgrabny manewr i zmienił kierunek jazdy.
- Nie mogliście wcześniej tego zaplanować? - żachnął się.
- Wyskakuj, Michael - w mojej głowie narodził się plan. - Mam pomysł.
Mikey wyszedł z samochodu i ukrył się za drzewami w lesie na przeciwko domu. Odjechaliśmy dalej, zostawiając go samego. Prosiłem w myślach, żeby tylko żaden z wrogów nas nie zobaczył. Wyglądało na to, że byli zajęci, bo nikt nie wyszedł z pistoletem w ręku. Czekaliśmy w ciszy na jakiś znak. Po chwili milczenia do Ashtona zadzwonił Michael.
- Co się tam dzieje?
- Słyszę krzyki, jakby ktoś ją zażynał.
- Idziemy tam! - krzyknąłem.
- Stój - zatrzymał mnie Luke, kładąc dłoń na moim ramieniu.
Krew buzowała mi w żyłach. Towarzyszyła mi nieodparta ochota zabicia tych wszystkich sukinsynów. Byłem gotowy z biegu strzelić każdemu w łeb.
- Dwóch wsiadło do auta i odjechali - usłyszałem głos z słuchawki.
Kiedy obok nas przejechał granatowy Mercedes ruszyliśmy do akcji. Poszczęściło nam się, bo mogliśmy czekać nawet kilka godzin. Zgarnęliśmy Mikeya i bez zastanowienia wbiegliśmy do domu. Na wejściu usłyszałem błagalne krzyki Madeline. Wbiegłem na górę za jej głosem. Bez wahania wpadłem do pokoju i ujrzałem brunetkę bitą przez Louisa. Złapałem chłopaka od tyłu i walnąłem nim o ścianę.
- Uciekaj stąd! - syknąłem, po czym dostałem pięścią w twarz.
Kopnąłem Tomlinsona w piszczel i walnąłem go w brzuch. Nie spodziewałem się, że mogę zadać taki mocny cios; chłopak upadł na podłogę. Wykorzystałem okazję i wybiegłem z pokoju, chcąc znaleźć Mad. Na dole zastałem zakrwawionego Luke'a i Ashtona, siłującego się ze Stylesem. Wziąłem rannego pod ramię i zaprowadziłem go do auta. Niespodziewanie usłyszałem strzał.
Cholera.


/Curly Angel